
Mam 28 lat i jeszcze nigdy nie byłam nad Rospudą. Planowałam wyjazd w te wakacje, ale mogę nie zdążyć. Zostanie mi wówczas tylko podziwianie Rospudy oczami mojego ojca. Leon Pawlik, autor powieści "Ankara", a prywatnie mój tata, sporządził przepiękny literacki portret rzeki Rospudy. Przeczytajcie jak mógł wyglądać spływ kajakowy przed czterdziestu laty (rok temu pewnie było podobnie, ale w te wakacje może już być zupełnie inaczej):
"Załadowali kajaki tak jak poprzedniego dnia, popłynęli wzdłuż brzegu jeziora, a potem rzeką Rospudą, spokojną i nieruchomą, w cieniu przybrzeżnych drzew. Przyjemnie było poruszać się pod parasolem liści, chroniącym przed promieniami słońca, choć jeszcze nie zaczął się skwar. Dno widać było w przeźroczystej wodzie, czasem oddalało się i znikało, ale głębi wielkiej tu nie było. Ławice uklejek nie większych od zapałek, pływały w karnych szeregach, zmieniając szyk niczym dobrze wyćwiczona kompania. Chlupnęło czasem coś przy brzegu, może to szczur piżmowy zanurkował, lub szczupak skoczył na swą ofiarę. Płynęli bez słowa, nie zakłócając ciszy niczym poza pluskiem kropli opadających z wioseł. Wyszli nagle z cienia i szlak stał się bardzo płytki, kilka razy wychodzili z kajaka i przesuwali go po płyciźnie sięgającej kostek. Na brzegu rosły z rzadka wierzby, nie dawały schronienia przed promieniami słońca. Przed mostem na drodze z Olecka do Suwałk załogi zatrzymywały się, kajaki wyciągano na brzeg. Na moście stali wiejscy chłopcy, pluli do strumyczka wody, z drwiącym uśmiechem przyglądali się przeprawie. Komandor kierował sprawnie ruchem, grupował załogi po cztery, czterech mężczyzn przenosiło kajak bez rozładunku, za mostem opuszczano go na wodę, płytką jeszcze, ale umożliwiającą spławienie łodzi kilkadziesiąt metrów dalej. Roman Kowalik i doktor Kamiński przenieśli cztery kajaki, ochlapali gorące głowy wodą z rzeczki Rospudy, a potem wraz z Nelą poszli drogą do sklepiku uzupełnić zapasy. Żona doktora, została przy kajakach. Szli rozpaloną asfaltową drogą, minął ich autobus PKS-u wlokąc za sobą czarną chmurę spalin, musieli wstrzymać na chwilę oddech. W sklepiku kupili chleb, tak by wystarczyło go do jutra. Rzędy butelek octu, ryby w pomidorach wypychały wieczka puszek, niewiele było do kupienia w tym sklepiku. Przed sklepem przysiadły zmęczone wiejskie kobiety, bochny chleba powkładały do brudnych koszy i patrzyły na świat zdziwionym wzrokiem. Obok w barze wypili dobrze im znane piwo suwalskie, ale w tym wzmagającym się upale smakowało niczym nektar. Z prawdziwą radością zepchnęli kajaki na wodę, przepłynęli uważnie kilkanaście minut i znaleźli się na bezpiecznych wodach jeziora Sumowo. Nie było szerokie, ale po walce z płyciznami przed Bakałarzewem zdawało się być oceanem. Płynęli z prawdziwą przyjemnością, świadomie zanurzali wiosła nieco głębiej niż trzeba, mając pewność, że stępka łodzi nie zaszoruje po piasku. Jezioro Sumowo nie było również zbyt długie, niebawem stało się znów rzeką Rospudą, skręcającą to w lewo to w prawo, zaglądającą do małego jeziorka, a potem płynącą prosto. Woda była tu nieco głębsza, ale nie można było wykluczyć niespodzianek. Roman Kowalik obserwował kajak płynący kilkadziesiąt metrów przed nimi, jeśli nic im się nie wydarzyło można było spokojnie podążać ich śladem.
- Teraz - powiedział Roman Kowalik - mamy wszystkie problemy za sobą. Nela zdziwiona odwróciła głowę.
- Wystarczy płynąć czyimś śladem, skręcać musimy tak jak nakazuje nam rzeka i zawrócić nie można...
- Gdyby wszystko było tak proste - powiedziała Nela.
- A nie jest?
Nela odwróciła głowę i ze zdziwieniem spojrzała na Romana.
- Płyniemy - powiedział - może nie?
- Roman, czy to ty mówisz? Ty, który wszystko z takim talentem potrafisz komplikować?
- Ja niczego nie komplikuję, dostrzegam jedynie wielość aspektów.
- Czy nikt ci nie mówił, że z tobą czasem trudno się rozmawia?
- Owszem mówiono mi - odparł Roman.
- Kto ci to mówił? - zapytała Nela.
- Major Zborski, zastępca dowódcy do spraw politycznych.
- A ty co na to?
- Powiedziałem mu, że już mi to mówiła moja dziewczyna...
- Która?
- Każda - odpowiedział Roman Kowalik.
- Ja też?
- Zwłaszcza ty - potwierdził Roman.
Zbliżyli się do kajaka przed nimi, Roman wyhamował nieco kontrując umiejętnie to prawym, to lewym piórem. Płynęli przez chwilę w milczeniu, Rospuda przecinała pola, prosta i nudna jak nieuczęszczany trakt. Niekiedy brzegi łączył drewniany mostek, kładka właściwie, a obok dochodziła wyjeżdżona polna dróżka wyżłobiona koleinami, oznaczona końskim nawozem. Na tych przejazdach woda była płytka, ale dno piaszczyste nie groziło uszkodzeniem łodzi.
- Czy ty pisałeś wiersze? - zapytała Nela.
- Pewnie, że pisałem - odpowiedział Roman - i to wcale niezłe.
- Pamiętasz jakiś wiersz? Powiedz...
- Spróbuję - rzekł Roman Kowalik, przez chwilę zbierał myśli, jakby usiłował sobie ułożyć to co ma powiedzieć, lub odgrzebać z zakątka pamięci.
„Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym sadzie, w innym lesie -
Może by inaczej zaszumiał nam las
Wydłużony mgłami na bezkresie...”
- Dalej nie pamiętam - powiedział Roman Kowalik - ale chyba to jest niezłe?
- To jest bardzo dobre, Roman - pochwaliła Nela - to jest tak dobre, że nawet kiedyś Leśmian napisał zupełnie to samo.
Położyła wiosło na burcie i powoli mówiła patrząc przed siebie:
„Może by i słońce zniewoliło nas
Do spłynięcia duchem w róż kaskadzie,
Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym lesie, w innym sadzie...
- Tak się to kończy, chyba to też jest niezłe?
- Tak - zgodził się Roman Kowalik, u mnie jest takie samo zakończenie...
- Jesteś wielkim poetą, Roman - uśmiechnęła się Nela.
Wielki poeta wiózł z mozołem swą damę przez pola i łąki, minęli jakąś wioskę, a potem woda stała się głębsza, płynęli żwawiej z nurtem. Roman Kowalik wiosłował na tyle, by utrzymać sterowność kajaka, rzeka niosła ich wystarczająco szybko. Wpłynęli w zarośla i zaraz musieli się zatrzymać przy brzegu. Uchwycili się zwisającej gałęzi, nurt wody poczynał sobie śmiało, usiłował ich oderwać od bezpiecznej przystani. Kilka załóg czekało tak samo. Na zakręcie prąd wody wpychał jakiś kajak pod kłodę drzewa, przez burtę wlewała się woda. Na brzegu szydercy, którzy przebyli już ten odcinek, doradzali złośliwie. Wreszcie nieszczęśnicy jakoś oderwali się od kłody, ciężko zanurzeni przebrnęli zakręt. Następni zaczęli ostrożnie, ale odwróciło ich do tyłu, z trudem uniknęli wywrotki. Jeszcze mniej szczęścia miała kolejna para, dziobem wjechali pod kłodę i kajak obrócił się majestatycznie do góry dnem.
- Trafiony, zatopiony - mówili szydercy na brzegu i mieli nie lada uciechę. Nie było tu głęboko, nieco powyżej pasa. Gdy już rozbitkowie wyłowili utopione rzeczy i wyszli na brzeg suszyć się, przyszła kolej na Romana i Nelę.
- Wiosłujemy ostro, z całych sił, nic się nie bój - mówił Roman do Neli, nieco pobladłej z wrażenia.
Zaparli wiosła z całych sił, zagarniali rytmicznie wodę, kajak wpadł w główny nurt, popędzany mocnymi pchnięcia nie stracił sterowności, gładko przeskoczył niebezpieczny zakręt, zawirowało za nimi i płynęli po spokojnej wodzie. Na brzegu rozległy się oklaski, szydercy mieli jednak klasę. Nela spojrzała na Romana rozpromieniona, odłożyła wiosło, wyglądała pięknie, włożyła palec do wody, jakby coś pisała.
- Coś piszesz? - zapytał Roman.
- Tak - odpowiedziała Nela.
- Co?
- To co ty kiedyś pisałeś na śniegu...
Skupił się i odczytał ruchy jej palca - „kocham Romana” pisała Nela palcem po wodzie.
- Jesteśmy tutaj - zawołał z brzegu doktor Kamiński - jak przebyliście ten zakręt?
- Oklaski przy otwartej kurtynie - zawołała Nela z dumą.
- Moje gratulacje - powiedział doktor Kamiński - przepłyńcie jeszcze ze dwadzieścia metrów, tam jest przyzwoite zejście.
Tak też zrobili, dobili łagodnie, wyładowali ekwipunek, kajak z trudem wyciągnęli na brzeg, był ciężki, nieco nasiąkał wodą, obrócili go dnem do góry, by przez noc przeschnął. Rozbili namioty na brzegu rzeki, biwak ten nie miał tyle uroku co poprzedni. Kilka załóg ustawiło swe namioty w pobliżu, spływały rzeką jeszcze ostatnie kajaki. Przygotowali posiłek, umyli potem naczynia, wsłuchiwali się tego wieczoru w odgłosy lasu i rzeki. Roman i Nela oddalili się od brzegu, znaleźli polankę i usiedli pod kępą paproci. Tej nocy znów patrzyli długo w rozgwieżdżone niebo. Każda spadająca gwiazda stawała się marzeniem, które musiało się niebawem spełnić...
Płynęli przez puszczę. Wysokie jodły i świerki wytyczały szlak, rzeka Rospuda rozlewała się szeroko, na brzegach rosły paprocie, podmokły teren uniemożliwiał dojście. Był to obszar nie tknięty przez człowieka, a może zachowany właśnie po to by płynąć nim w majestatycznej ciszy, to w słońcu, to znów pod sklepieniem wysokim jak w gotyckiej katedrze. Puszcza miała niepowtarzalny zapach rozgrzanej żywicy i butwiejących szczątków roślin, na powierzchnię wody wypływały z bagnistego dna bąble gazu. Nurt rzeki leniwy, niedostrzegalny, taki sam od wieków prowadził nieomylnie do celu. Czas stracił swój realny wymiar, płynął jak rzeka, powoli i nieubłaganie zarazem. Gdy zakołysali się na szerokich wodach jeziora zrozumieli, że to już koniec, naprzeciw w słońcu bielały zabudowania i tam należało płynąć. Komandor na przystani przyjmował kajaki, sprawdzał osprzęt, żegnał się ze wszystkimi serdecznie.
- Do zobaczenia za rok, doktorze.
- Mam nadzieję komandorze, że się spotkamy.
- Bez pana nie ma spływu, doktorze.
- Wszelkie zasługi należą się panu, komandorze.
Założyli plecaki, w których nie było już zapasów żywności, a mimo to natychmiast zaciążyły okrutnie i poszli na przystanek Pekaesu.
Leon Pawlik
Ankara
Wyd. Świat Książki 1998