Podróże po świecie i podróże duchowe. Trochę o Nowej Hucie, w której mieszkam. I o nauce języków obcych: angielski, niemiecki, hiszpański, rosyjski. Przyprawione szczyptą poezji... śpiewanej.
Kategorie: Wszystkie | Home | Języki obce | NH | Podróże | Szczypta poezji
RSS
poniedziałek, 19 lutego 2007
Nie róbcie nam betonowej pustyni
                     
Czy serca wasze bezdusznie jak zegar,
Muszą wybijać ostatnie godziny,
tętnem spokojnym i jakże miarowym,
Dla tej cudownej, bezcennej doliny? 
Ref.:
Nie róbcie nam betonowej pustyni,
Gdzie storczyk kłania się rzece Rospudzie,
Głuszec tokuje, dzięcioł w drzewo stuka
I gdzie wędrowiec spoczywa po trudzie.
Nie róbcie nam betonowej pustyni,
Tam gdzie krajobraz przez Boga skreślony,
Może być skarbem dla przyszłych pokoleń,
Albo też rajem się stać utraconym.
 
Czy was nie wzrusza niemy krzyk lasu 
Czy go zdusicie rykiem buldożerów
By udowodnić, że jesteście silni,
i że uparcie dążycie do celu?
Ref.:
Nie róbcie nam betonowej pustyni...
  
Upór bezmyślny i siła pozorna,
Może okazać się w oczach historii,
Przejawem strachu i ludzkiej małości,
I powstydzicie się swojej wiktorii
Ref.:
Nie róbcie nam betonowej pustyni...
(Tekst: Katarzyna Opoczka, 19.02.2007)

Jeśli ktoś może napisać (jak najszybciej) muzykę do tego tekstu, to będę bardzo wdzięczna. Może zdążymy jeszcze zaśpiewać pieśń w obronie Rospudy. A piosenka może czasem okazać się silną bronią. Każdy chętny artysta (czy to profesjonalny, czy amator) może zaśpiewać ten tekst. Czekam na propozycje. Nie poddawajmy się!!!

sobota, 17 lutego 2007
Rospuda oczami pisarza
        Mam 28 lat i jeszcze nigdy nie byłam nad Rospudą. Planowałam wyjazd w te wakacje, ale mogę nie zdążyć. Zostanie mi wówczas tylko podziwianie Rospudy oczami mojego ojca. Leon Pawlik, autor powieści "Ankara", a prywatnie mój tata, sporządził przepiękny literacki portret rzeki Rospudy. Przeczytajcie jak mógł wyglądać spływ kajakowy przed czterdziestu laty (rok temu pewnie było podobnie, ale w te wakacje może już być zupełnie inaczej):

"Załadowali kajaki tak jak poprzedniego dnia, popłynęli wzdłuż brzegu jeziora, a potem rzeką Rospudą, spokojną i nieruchomą, w cieniu przybrzeżnych drzew. Przyjemnie było poruszać się pod parasolem liści, chroniącym przed promieniami słońca, choć jeszcze nie zaczął się skwar. Dno widać było w przeźroczystej wodzie, czasem oddalało się i znikało, ale głębi wielkiej tu nie było. Ławice uklejek nie większych od zapałek, pływały w karnych szeregach, zmieniając szyk niczym dobrze wyćwiczona kompania. Chlupnęło czasem coś przy brzegu, może to szczur piżmowy zanurkował, lub szczupak skoczył na swą ofiarę. Płynęli bez słowa, nie zakłócając ciszy niczym poza pluskiem kropli opadających z wioseł. Wyszli nagle z cienia i szlak stał się bardzo płytki, kilka razy wychodzili z kajaka i przesuwali go po płyciźnie sięgającej kostek. Na brzegu rosły z rzadka wierzby, nie dawały schronienia przed promieniami słońca. Przed mostem na drodze z Olecka do Suwałk załogi zatrzymywały się, kajaki wyciągano na brzeg. Na moście stali wiejscy chłopcy, pluli do strumyczka wody, z drwiącym uśmiechem przyglądali się przeprawie. Komandor kierował sprawnie ruchem, grupował załogi po cztery, czterech mężczyzn przenosiło kajak bez rozładunku, za mostem opuszczano go na wodę, płytką jeszcze, ale umożliwiającą spławienie łodzi kilkadziesiąt metrów dalej. Roman Kowalik i doktor Kamiński przenieśli cztery kajaki, ochlapali gorące głowy wodą z rzeczki Rospudy, a potem wraz z Nelą poszli drogą do sklepiku uzupełnić zapasy. Żona doktora, została przy kajakach. Szli rozpaloną asfaltową drogą, minął ich autobus PKS-u wlokąc za sobą czarną chmurę spalin, musieli wstrzymać na chwilę oddech. W sklepiku kupili chleb, tak by wystarczyło go do jutra. Rzędy butelek octu, ryby w pomidorach wypychały wieczka puszek, niewiele było do kupienia w tym sklepiku. Przed sklepem przysiadły zmęczone wiejskie kobiety, bochny chleba powkładały do brudnych koszy i patrzyły na świat zdziwionym wzrokiem. Obok w barze wypili dobrze im znane piwo suwalskie, ale w tym wzmagającym się upale smakowało niczym nektar. Z prawdziwą radością zepchnęli kajaki na wodę, przepłynęli uważnie kilkanaście minut i znaleźli się na bezpiecznych wodach jeziora Sumowo. Nie było szerokie, ale po walce z płyciznami przed Bakałarzewem zdawało się być oceanem. Płynęli z prawdziwą przyjemnością, świadomie zanurzali wiosła nieco głębiej niż trzeba, mając pewność, że stępka łodzi nie zaszoruje po piasku. Jezioro Sumowo nie było również zbyt długie, niebawem stało się znów rzeką Rospudą, skręcającą to w lewo to w prawo, zaglądającą do małego jeziorka, a potem płynącą prosto. Woda była tu nieco głębsza, ale nie można było wykluczyć niespodzianek. Roman Kowalik obserwował kajak płynący kilkadziesiąt metrów przed nimi, jeśli nic im się nie wydarzyło można było spokojnie podążać ich śladem.

- Teraz - powiedział Roman Kowalik - mamy wszystkie problemy za sobą. Nela zdziwiona odwróciła głowę.

- Wystarczy płynąć czyimś śladem, skręcać musimy tak jak nakazuje nam rzeka i zawrócić nie można...

- Gdyby wszystko było tak proste - powiedziała Nela.

- A nie jest?

Nela odwróciła głowę i ze zdziwieniem spojrzała na Romana.

- Płyniemy - powiedział - może nie?

- Roman, czy to ty mówisz? Ty, który wszystko z takim talentem potrafisz komplikować?

- Ja niczego nie komplikuję, dostrzegam jedynie wielość aspektów.

- Czy nikt ci nie mówił, że z tobą czasem trudno się rozmawia?

- Owszem mówiono mi - odparł Roman.

- Kto ci to mówił? - zapytała Nela.

- Major Zborski, zastępca dowódcy do spraw politycznych.

- A ty co na to?

- Powiedziałem mu, że już mi to mówiła moja dziewczyna...

- Która?

- Każda - odpowiedział Roman Kowalik.

- Ja też?

- Zwłaszcza ty - potwierdził Roman.

Zbliżyli się do kajaka przed nimi, Roman wyhamował nieco kontrując umiejętnie to prawym, to lewym piórem. Płynęli przez chwilę w milczeniu, Rospuda przecinała pola, prosta i nudna jak nieuczęszczany trakt. Niekiedy brzegi łączył drewniany mostek, kładka właściwie, a obok dochodziła wyjeżdżona polna dróżka wyżłobiona koleinami, oznaczona końskim nawozem. Na tych przejazdach woda była płytka, ale dno piaszczyste nie groziło uszkodzeniem łodzi.

- Czy ty pisałeś wiersze? - zapytała Nela.

- Pewnie, że pisałem - odpowiedział Roman - i to wcale niezłe.

- Pamiętasz jakiś wiersz? Powiedz...

- Spróbuję - rzekł Roman Kowalik, przez chwilę zbierał myśli, jakby usiłował sobie ułożyć to co ma powiedzieć, lub odgrzebać z zakątka pamięci.

„Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,

Ale w innym sadzie, w innym lesie -

Może by inaczej zaszumiał nam las

Wydłużony mgłami na bezkresie...”

- Dalej nie pamiętam - powiedział Roman Kowalik - ale chyba to jest niezłe?

- To jest bardzo dobre, Roman - pochwaliła Nela - to jest tak dobre, że nawet kiedyś Leśmian napisał zupełnie to samo.

Położyła wiosło na burcie i powoli mówiła patrząc przed siebie:

„Może by i słońce zniewoliło nas

Do spłynięcia duchem w róż kaskadzie,

Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,

Ale w innym lesie, w innym sadzie...

- Tak się to kończy, chyba to też jest niezłe?

- Tak - zgodził się Roman Kowalik, u mnie jest takie samo zakończenie...

- Jesteś wielkim poetą, Roman - uśmiechnęła się Nela.

Wielki poeta wiózł z mozołem swą damę przez pola i łąki, minęli jakąś wioskę, a potem woda stała się głębsza, płynęli żwawiej z nurtem. Roman Kowalik wiosłował na tyle, by utrzymać sterowność kajaka, rzeka niosła ich wystarczająco szybko. Wpłynęli w zarośla i zaraz musieli się zatrzymać przy brzegu. Uchwycili się zwisającej gałęzi, nurt wody poczynał sobie śmiało, usiłował ich oderwać od bezpiecznej przystani. Kilka załóg czekało tak samo. Na zakręcie prąd wody wpychał jakiś kajak pod kłodę drzewa, przez burtę wlewała się woda. Na brzegu szydercy, którzy przebyli już ten odcinek, doradzali złośliwie. Wreszcie nieszczęśnicy jakoś oderwali się od kłody, ciężko zanurzeni przebrnęli zakręt. Następni zaczęli ostrożnie, ale odwróciło ich do tyłu, z trudem uniknęli wywrotki. Jeszcze mniej szczęścia miała kolejna para, dziobem wjechali pod kłodę i kajak obrócił się majestatycznie do góry dnem.

- Trafiony, zatopiony - mówili szydercy na brzegu i mieli nie lada uciechę. Nie było tu głęboko, nieco powyżej pasa. Gdy już rozbitkowie wyłowili utopione rzeczy i wyszli na brzeg suszyć się, przyszła kolej na Romana i Nelę.

- Wiosłujemy ostro, z całych sił, nic się nie bój - mówił Roman do Neli, nieco pobladłej z wrażenia.

Zaparli wiosła z całych sił, zagarniali rytmicznie wodę, kajak wpadł w główny nurt, popędzany mocnymi pchnięcia nie stracił sterowności, gładko przeskoczył niebezpieczny zakręt, zawirowało za nimi i płynęli po spokojnej wodzie. Na brzegu rozległy się oklaski, szydercy mieli jednak klasę. Nela spojrzała na Romana rozpromieniona, odłożyła wiosło, wyglądała pięknie, włożyła palec do wody, jakby coś pisała.

- Coś piszesz? - zapytał Roman.

- Tak - odpowiedziała Nela.

- Co?

- To co ty kiedyś pisałeś na śniegu...

Skupił się i odczytał ruchy jej palca - „kocham Romana” pisała Nela palcem po wodzie.

- Jesteśmy tutaj - zawołał z brzegu doktor Kamiński - jak przebyliście ten zakręt?

- Oklaski przy otwartej kurtynie - zawołała Nela z dumą.

- Moje gratulacje - powiedział doktor Kamiński - przepłyńcie jeszcze ze dwadzieścia metrów, tam jest przyzwoite zejście.

Tak też zrobili, dobili łagodnie, wyładowali ekwipunek, kajak z trudem wyciągnęli na brzeg, był ciężki, nieco nasiąkał wodą, obrócili go dnem do góry, by przez noc przeschnął. Rozbili namioty na brzegu rzeki, biwak ten nie miał tyle uroku co poprzedni. Kilka załóg ustawiło swe namioty w pobliżu, spływały rzeką jeszcze ostatnie kajaki. Przygotowali posiłek, umyli potem naczynia, wsłuchiwali się tego wieczoru w odgłosy lasu i rzeki. Roman i Nela oddalili się od brzegu, znaleźli polankę i usiedli pod kępą paproci. Tej nocy znów patrzyli długo w rozgwieżdżone niebo. Każda spadająca gwiazda stawała się marzeniem, które musiało się niebawem spełnić...

Płynęli przez puszczę. Wysokie jodły i świerki wytyczały szlak, rzeka Rospuda rozlewała się szeroko, na brzegach rosły paprocie, podmokły teren uniemożliwiał dojście. Był to obszar nie tknięty przez człowieka, a może zachowany właśnie po to by płynąć nim w majestatycznej ciszy, to w słońcu, to znów pod sklepieniem wysokim jak w gotyckiej katedrze. Puszcza miała niepowtarzalny zapach rozgrzanej żywicy i butwiejących szczątków roślin, na powierzchnię wody wypływały z bagnistego dna bąble gazu. Nurt rzeki leniwy, niedostrzegalny, taki sam od wieków prowadził nieomylnie do celu. Czas stracił swój realny wymiar, płynął jak rzeka, powoli i nieubłaganie zarazem. Gdy zakołysali się na szerokich wodach jeziora zrozumieli, że to już koniec, naprzeciw w słońcu bielały zabudowania i tam należało płynąć. Komandor na przystani przyjmował kajaki, sprawdzał osprzęt, żegnał się ze wszystkimi serdecznie.

- Do zobaczenia za rok, doktorze.

- Mam nadzieję komandorze, że się spotkamy.

- Bez pana nie ma spływu, doktorze.

- Wszelkie zasługi należą się panu, komandorze.

Założyli plecaki, w których nie było już zapasów żywności, a mimo to natychmiast zaciążyły okrutnie i poszli na przystanek Pekaesu.

Leon Pawlik

Ankara

Wyd. Świat Książki 1998

poniedziałek, 04 grudnia 2006
Egipt - nie kończące się napiwki

W Egipcie, nawet jeśli wykupimy pobyt w luksusowym hotelu z wyżywieniem all inclusive, nie oznacza to niestety, że na miejscu nie będziemy ponosić już żadnych wydatków. Sporą kwotę mogą nam bowiem pochłonąć napiwki. W Egipcie napiwki dajemy niemal wszystkim: kelnerom, sprzątaczkom, recepcjonistom, kierowcom autobusów, przewodnikom. W dodatku wysokość napiwku nie może być niższa niż 5 funtów egipskich, lub 1 euro bądź też 1 dolar. Gdybyśmy chcieli dać np. 50 centów, zapewne obrazilibyśmy obdarowanego.

O ile jednorazowa kwota napiwku nie wydaje nam się taka straszna, to oczywiście przemnożona kilkadziesiąt razy daje już konkretną kwotę. Należy więc do tematu napiwków podejść strategicznie. Po pierwsze trzeba przeliczać. Oczywiście przy europejskim kursie 1 euro jest więcej warte od 1 dolara (w Egipcie przeliczają te waluty niemal 1:1). Korzystniej jest więc "motywować" Egipcjan walutą amerykańską. Jednak za dolara dostaniemy około 5,6 funta egipskiego. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłoby zostawianie napiwków w walucie lokalnej. Problem w tym, że zdobycie pięciofuntówek nie jest wcale proste.

O drobne na napiwki należy koniecznie zadbać wcześniej. Już w Polsce trzeba przejść po bankach i zdobyć jednodolarówki (w kantorach mają je bardzo rzadko). Ja dałam 20 $ znajomej, która jest kasjerem walutowym,  i czekałam kilka dni, aż w banku uzbierają dla mnie odpowiednią ilość drobnych. Nieco łatwiej można zdobyć eurobilon. W Egipcie funty będziemy zazwyczaj kupować w hotelu. Prośmy, aby dali nam drobne. To bardzo ważne,  nie tylko ze względu na napiwki: Egipscy sklepikarze nie lubią wydawać reszty! Słowem im więcej drobnych, tym lepiej.

 

poniedziałek, 27 listopada 2006
Egipt - jeep safari po pustyni

Egipt to bezkres pustyni. Ciągle jeszcze plemiona Beduinów żyją z dala od cywilizacji przemierzając pustynię w poszukiwaniu wody i pastwisk dla zwierząt. Zakładają prymitywne wioski, ale nie pozostają w nich na stałe. Dokładnej liczby egipskich Beduinów nikt nie jest w stanie podać. Wraz z rozwojem turystyki, znający pustynię jakt nikt inny Beduini, otrzymali szansę na nowe źródło dochodów. Zaczęli pomagać w organizowaniu wycieczek.

Egipt to bezkres pustyni

Na safari wyruszamy z Hurghady, znanego kurortu nad Morzem Czerwonym. Jeepy zabierają nas z hotelu około godziny 16.00. Egipski przewodnik wita nas po polsku. Uczy się naszego języka zaledwie 6 miesięcy, a włada nim naprawdę nieźle. Pakujemy się do Jeepów. W każdym jedzie osiem osób plus beduiński kierowca. W Jeepach nie ma normalnych siedzeń - są kanapy bez pasów bezpieczeństwa. Siedzimy bokiem do kierunku jazdy. Około 20 minut jedziemy drogą. Beduini szybko się rozkręcają, zaczynają na siebie trąbić, wyprzedzać się wzajemnie. Na dachu jednego z jeepów jedzie kamerzysta. Jego akrobatyczne wyczyny (jedzie zaczepiony nogami za relingi, bez asekuracji) wprawiają turystów w zachwyt. Prawdziwe szaleństwo zaczyna się jednak, gdy skręcamy w pustynię. Jeepy jadą coraz szybciej. Kierowcy wjeżdżają na wydmy i potem zjeżdżają z góry "na luzie". Pasażerowie podskakują i krzyczą. W Jeepach nie ma się czego trzymać. Staramy się nie pospadać z kanap. Przewodnik mówi z powagą, że auta czasami się wywracają.

Postój na pustyni

Po kilkudziesięciu minutach zatrzymujemy się by zdrobić zdjęcia. Dokoła tylko piach, a raczej góry pokryte piachem. I tylko jedno samotne drzewo.

Samotne drzewo

Słońce powoli zachodzi. Kończymy fotografować i wracamy do Jeepów. Jeszcze chwila jazdy i docieramy do wioski Beduinów.

Beduini oczekują nas z wielbłądami. Chętni mogą odbyć krótką przejażdżkę na grzbiecie tych pięknych zwierząt. Oczywiście za drobną opłatą.

Beduini czekali na nas z wielbłądami Gdy zsiadamy z wielbłądów jest już ciemno. Wioskę zwiedzamy w mroku. Namioty oświetla tylko blask ogniska. W jednym namiocie kobiety wyrabiają ozdoby z koralików, które oczywiście można kupić. W innym Beduini oferują nam lecznicze zioła. W kolejnym kobieta piecze tradycyjny placek z wody i mąki. Zasiadamy w namiocie jadalnym na poduszkach. Serwowane jedzenie nie zostało jednak przyrządzone na pustyni. Przywieziono je z hotelu w Hurghadzie. Po kolacji tradycyjna herbata i szisza, czyli fajka wodna.

Niebo nad pustynią znakomicie nadaje się do obserwacji gwiazd. Jest wspaniała widoczność.

Dodatkową atrakcją są profesjonalne teleskopy - niedawna inwestycja Beduinów. Dzięki teleskopom widzimy czerwień Marsa i obręcz Saturna. Kolejnych emocji przysparza odszukiwanie na niebie znanych konstelacji, które wydają się nam być "w złych miejscach". Po prostu niebo obserwowane z afrykańskiej perspektywy wygląda zupełnie inaczej. Nawet księżyc w nowiu zdaje nam się dziwny: widzimy go w poziomie, taki uśmiech na niebie.

Wracamy pełni wrażeń. Podziwiamy kierowców. Jak w tej ciemności odnajdują właściwy kierunek jazdy? My czujemy się kompletnie zagubieni. Kierowcy na koniec serwują nam jeszcze kilka atrakcji: rozciągają karawanę, tak, że przez chwilę poszczególne auta jadą samotnie, gaszą światła by napędzić nam strachu.

Do hotelu docieramy po północy. Kierowcy-Beduini wracają do swoich domów. Ale nie na pustynię, tylko do Hurghady. Dorobili się na pustynnych wycieczkach i porzucili koczowniczy tryb życia. Pobudowali się. Na pustynię wracają tylko z turystami, do wioski-żywicielki, która w nocy pustoszeje. Prawdziwe beduińskie wioski znajdują się w samym sercu pustyni, przynajmniej 300 km od takich kurortów jak Hurghada. Tam nie dotrze żaden turysta.

sobota, 25 listopada 2006
Egipt - piasek i morze

Dział Podróże rozpocznę od wspomnień z Egiptu. Bo to właśnie teraz, gdy u nas zbliża się zima, warto się tam wybrać. Idealny czas na wyjazd do Egiptu to listopad lub marzec. Wówczas temperatury morza i powietrza są niemal identyczne, co powoduje, że kąpiel i nurkowanie sprawia niezwykłą frajdę. Od grudnia do lutego woda jest nieco chłodniejsza, (choć i tak cieplejsza od Bałtyku latem), a więc można więcej czasu poświęcić na zwiedzanie niezliczonych zabytków. Od kwietnia do czerwca Egipt ogarniają już fale upałów, a w wakacje, radzę się tam nie wybierać. Temperatury rzędu 55 stopni Celsjusza to w lipcu i sierpniu coś zupełnie normalnego.

Większość terenów Egiptu zajmują pustynie. Z samolotu wydląda to niesamowicie. Wszędzie piasek i biegnąca przez ten bezkres pustyni droga. Potem gdy się już taką drogą jedzie z lotniska, trzeba czekać wiele kilometrów zanim zobaczy się za oknami autokaru coś innego niż przestrzenie pokryte piachem. Zieleń w Egipcie spotkamy w Delcie Nilu oraz wzdłuż tej najdłuższej rzeki świata.Wybrzeże morza czerwonego, które obecnie przyciąga tak wielu turystów, w stanie naturalnym wygląda następująco:

Pustynne wybrzeże

Natomiast nowoczesne technologie odsalania wody morskiej i nawadniania roślin, pozwalają by tam, gdzie buduje się hotele powstały również wspaniałe ogrody. Trawniki hotelowe są nawadniane cały czas, a rośliny owinięte są siecią cienkich rurek, które doprowadzają wodę niemal do każdego listka i kwiatka. Ogrodnicy pracują zaś od świtu do nocy. Tylko dzięki temu możliwy jest taki efekt:

Ogród w Makadi Bay
  
Ogród w El Gounie

Ale tam, gdzie kończy się teren hotelu, lub osiedla egipskich bogaczy, jak od linijki kończy się też trawnik i wszelka zieleń. Za murami lepszego świata pozostaje już tylko piasek.